Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 września 2013

Wyszły grzyby z lasu

Kiedy po deszczu wyrosły nam pod iglakami w koniczynie jakieś grzybki:


Tuż obok domu:


Wybraliśmy się na mały spacer lasem i znaleźliśmy troszkę misz-maszu grzybnego, tyle że okazy były dość leciwe i nadgryzione już przez robaczki:


Nawet kilka pierwszych opieniek się trafiło:


Tak czy owak sosik był mniam. Polecam, choć pogoda nie zachęca do wychodzenia z domu.  ^^

wtorek, 7 maja 2013

Majowy weekend

Żeby nie było, że żyję tylko w świecie papieru, to pokażę Wam, kochani, co udziergałam w ostatnich dniach, kiedy choroba trzymała mnie w łóżku. Na początek komplecik otulacza na kubeczek i podkładki w przesoczystych kolorach pełni wiosny:
 
 

Pastelowego chustecznika:


Oraz kwiecistych otulaczy na świeczuszki:


A kiedy tylko zdrowie pozwoliło wyściubić na chwilę nosek przed dom poszłam szukać wiosny w ogrodzie:


Musiałam się nacieszyć kolorami:

bieli...



- czerwieni...


- fioletu...


- różu...


- niebieskości...

 
- oraz żółci i jej skrzydlatych gości...
 
 
Dziękuję za ciepłe słowa o moich papierowych wytworach pod poprzednimi postami. Trzymajcie kciuki za moje zdrowie, z którym ciągle tak krucho. Do napisania, moi mili.  =)

sobota, 29 września 2012

Świat okiem Mikusia

Witam Państwa bardzo uprzejmie. Nazywam się Mikuś, jestem kotem i opowiem krótko o sobie. Oto mój mały świat, czyli kawałeczek ogrodu, gdzie chadzam swoimi ścieżkami:
 

oraz dom, w którym jestem u siebie:


Kocie chrupki są ok, ale już nie na moje zęby - królestwo za te długie kluski, które ubóstwiam:


Lubię zabawę, zwłaszcza w detektywa, bo ma w programie skradanie:


Ja widzę, nawet jak nie paczę:


Zdarzają mi się sny na jawie:



Miewam trudne dni i bywam na "nie":


Ale Słoneczko i tak mnie kocha i ja Je też <3 :


Czy ktoś z Państwa w to wątpi?

piątek, 28 września 2012

Powitanie jesieni

Jesień w tym roku  została powitana u nas w domu po królewsku. Od wczoraj drzwi wejściowe zdobi i zaprasza gości do środka cudowny jesienny wianuszek:
 

Prawda, że wspaniały? To nagroda, która stała się moim udziałem dzięki blogowi "Zastygła Natura". Dziękuję Oli za zorganizowaną zabawę i wielką radość, która stała się udziałem mojego domu. Domownicy dotykali, wąchali i chcieli zjeść jabłka, nie wierząc że się nie da. ^^ Myślę, że taki pełen jesiennego ciepła wianuszek to doskonały pomysł na oryginalny jesienny prezent. Zainteresowanych bliższym zapoznaniem z wianuszkową ofertą odsyłam na blog oraz do sklepu internetowego sklep.zastygla-natura.biz/.
 
Zainspirowana przez blog i kompozycje Oli oraz niezwykłe rękodzieła jesienne zauważone na blogu Rękodzieło-art u Wioletki postanowiłam spróbować swoich sił w tworzeniu sezonowych dekoracji i oto mój handmade'owy wianuszek jesienny, który wisi po wewnętrznej stronie drzwi wyjściowych i dziękuje za odwiedziny:
 


Powstał on z wszelkich dostępnych na tą chwilę materiałów: gotowej bluszczowej bazy wiankowej z corocznej świątecznej dekoracji drzwiowej z przymocowaną na stałe tasiemkową zawieszką, z suszek oraz świeżych, kolorowych już liści forsycji z mojego ogrodu, które połączyła ze sobą zwykła, ciemnozielona nić:



Moja baza wiankowa powstała z cienkich, elastycznych, pozbawionych liści, pędów bluszczu pospolitego, który zaprzyjaźnił się bardzo mocno z najstarszą jabłonką w naszym ogrodzie dobrych kilka lat temu:

 
W wolnej chwili możecie sobie zrobić taką praktyczną bazę, która będzie Wam długo służyła. Wykonać ją można chociażby ze splecionego drutu, ale nic nie zastąpi naturalnego uroku gałązek. Pamiętajcie tylko, że bluszcz pospolity w lasach jest chroniony.  =)


sobota, 15 września 2012

Z wiatrem i pod wiatr

Czemu mój blog ma właśnie taki, a nie inny tytuł? Kiedy się na niego decydowałam, przeglądałam właśnie album ze starymi zdjęciami. Na zdjęciach zatrzymane były bardzo różne chwile. Takie, których chciałabym nigdy nie zapomnieć, ale i takie, które chciałabym raz na zawsze wymazać z mojej pamięci. W życiu tak już jest, że szczęście cały czas przeplata się ze smutkiem, raz jest z wiatrem w życiu, a raz pod wiatr. I bardzo czasem jest tak strasznie ciężko, tym ciężej, jak obok nie ma kogoś kto by podźwignął, pomógł przejść, postawić krok naprzód. Ja mam to wielkie szczęście, że wspierają mnie moi bliscy, że czuję, iż nie jestem sama z tym, co mnie cieszy i smuci czasem też. A ten blog to mój przyjaciel, który zawsze chętnie wysłucha, i mój pamiętnik, który każde wspomnienie zatrzyma. To miejsce, w którym mogę uchwycić moje pomysły, ujarzmić myśli. To przestrzeń, w której czuję się dobrze i bezpiecznie, w której dzięki Wam, kochani, nie czuję się nigdy sama i ciągle dzięki Wam rozwijam.
 
Tu, w blogowym świecie poznałam wiele wyjątkowych osób. Wśród nich Joasię, moją bratnią duszę, która wie, czym jest wrażliwość na świat, ludzi, przyrodę, zapracowanie, twórcza pasja i walka o to, co w życiu naprawdę ważne. Joasia zawsze ma dla innych czas i dobre słowo. Nie kto inny, tylko właśnie ona jest moją blogową top komentatorką. Joasia ma wielki talent do decoupage. Jej dzieła są tak pięknie skomponowane i precyzyjnie wykonane, że można tak siedzieć trzymając je w ręku godzinami i cieszyć oczy bez końca. Zaproponowałam Joasi małą wymiankę międzyblogową o tematyce kwiatowej, która ostatecznie stała się wymianką różaną, gdyż niewiele wiedziałam o technice, w której jest mistrzem, i nigdy wcześniej nie miałam nawet okazji zobaczyć z bliska takiego cuda, jak te, które tworzy. Joasia przysłała mi cudowną drewnianą szkatułkę wraz ze słodkościami, dokładnie takimi, do jakich mam największa słabość:
 
 
Szkatułka jest po prostu idealna. Ciepły różany bukiet zdobi ją z zewnątrz i od środka:
 
 
W szkatułce znalazły przytulny domek moje ulubione herbatki i tak stała się moją małą wymarzoną herbaciarką. ^^
 
Joasia ma cudowny ogród, w którym każdą różę zna po imieniu. Wpatrując się w jedną z nich namalowałam różaną akwarelkę:
 
 
Ozdobiłam nią papeterię dla Joasi:
 
 
Wybrałam dla Niej najcieplejszy komplet filcowy:
 
 
W paczuszce znalazło się też troszkę słodyczy dla osłody, cały zestaw moich serwetek, żeby Joasia mogła tworzyć dla nas kolejne śliczne dzieła, pachnące świeczuszki dla stworzenia klimatu twórczego, trochę karteczek i obrazków dla podniesienia na duchu, mały zestaw nasionek dla miłośniczki ogrodu oraz maskotka-marchewka dla odważnej kucharki:
 
 
 
Wiem, że talentów Joasia ma o wiele więcej i mam nadzieję, że to nie była nasza ostatnia wymianka.
Bardzo dziękuję Ci, Joasiu za tą wymiankę i Twój ciepły wpis o niej na Twoim blogu. Zainspirowałaś mnie, żeby próbować swoich sił w nowej dziedzinie. Zobaczymy niebawem, czy uda mi się zaprzyjaźnić choć troszkę z techniką decoupage.  =)

wtorek, 4 września 2012

Malinowy zawrót głowy

Kochani, z kolejnej wycieczki chyba dzisiaj nici, bo po całym dniu sprzątania ogrodu ciężko wklikać kilka zdań, a co dopiero całą historię, a wiecie już chyba, że ja lubię dokładność i jak miałabym zrobić coś byle jak, to wolę zaczekać. Może coś się odwlecze, ale napewno nie uciecze, nie u mnie. Wybaczcie.
 
Ręce mam pokłute, bo właśnie wróciłam z ogrodu ze zbierania malin. Skoro one stały się ostatnim punktem dnia, to o nich Wam krótko opowiem, bo maliny to nie tylko te czerwone, pachnące i słodkie owoce.
 
Wśród ciekawostek dotyczących malin krąży legenda, że kiedyś owoce te były białe, do czasu kiedy nimfa o imieniu Ida, będąca opiekunką małego Jowisza, nie zechciała uspokoić dziecko owocami malin. Schylając się by zerwać owoce, ukłuła się jednak jej kolcem w pierś i na białe maliny spadła kropla jej krwi. Odtąd maliny zmieniły kolor i zyskały unikalną woń oraz słodki smak. Tak wierzyli dawno temu Rzymianie, ale ja spróbuję Was przekonać, ze w tej legendzie jest ziarenko prawdy, ponieważ jest taka odmiana, o której nie każdy słyszał i nie każdy widział, a kto ją zobaczył i spróbował u mnie, był bardzo zdziwiony.
 
Wszyscy znacie zapewne tradycyjne malinowe słodkości w tym kolorze:
 

Co powiedzielibyście jednak na taka odmianę - żółtą:


Spójrzcie jak bardzo różnią się te dwie odmiany wielkością:



Krzewy żółtych malin dorastają 1,5-1,6 m. Rosną ładnie, prosto do góry. Są mocno ulistnione. Dobrze jest zamocować przy nich paliki i owinąć wokół nich jakiś sznureczek, ponieważ jest to odmiana bardzo plenna, krzewy są ciężkie i podatne na złamania podczas owocowania, ale także podczas mocnych wiatrów, szczególnie podczas burz, kiedy łodygi są dodatkowo obciążone od wody:


Odmiana ta nie jest przesadnie wymagająca co do gleby. Owoców im wyżej tym ma więcej. W porównaniu z odmianą czerwoną zaczyna owocować późno, ale ponieważ owoce dojrzewają stopniowo, można się cieszyć nimi dłużej. Początkowo maja kolor prawie biały. Dojrzalsze owoce żółkną, po czym można poznać, że czas je zerwać. Dojrzałe owoce są duże, soczyste, ale bardzo słabo trzymają się krzewu i trzeba je zbierać bardzo ostrożnie. W smaku są słodkie, ale ich słodycz jest wyczuwalna później niż w przypadku odmiany czerwonej. Kiedy je się je pierwszy raz i chce szybko ją poczuć, można się bardzo zdziwić. Według mnie wynika to z nieco mniejszej zawartości cukru w owocach:


Do dekoracji ciast nadają się równie dobrze jak czerwone, niestety do przetworów mniej:

 
Spróbujcie koniecznie żółtych malin. =)
 
I jeszcze taki mały ps. Rozbawił mnie dziś bardzo komentarz od Kingi z bloga MAMA LAURKI TESTUJE , pod jednym z moich postów, abym się "podzieliła kuleczkami, bo wyglądają smakowicie". Chodziło o "ziemniaczki" z tego przepisu. Myślę, ze zgodzicie się ze mną, że dla takich słodkich maluchów jak Laurka, córeczka Kingi, to lepsze będą takie większe, pełne witamin i słodkiego soku "kulki":

 
Kingo, weź tle dojrzałych, pachnących i słodkich brzoskwiń, ile tylko zdołasz udźwignąć. ^^
 
Częstujcie się, kochani, do woli. Całuję. =*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...