Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tradycja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 marca 2013

Wycieczka na Ślężę

Jestem Ślężanką, mam bardzo bliziutko do góry - kółko czerwone na zdjęciu poniżej. Tak widać szczyt Ślęży z mojej miejscowości:
 
 
Na Ślężę można się wybrać pieszo z dowolnego punktu na Ziemi. Minimum to wypad, który się zaczyna na Przełęczy Tąpadła - kółko czarne - gdzie znajduje się początek najłagodniejszej, według mnie, trasy podejścia na szczyt i gdzie można również podjechać bezpośrednio busem ze Świdnicy:
 

Szlaków na szczyt jest kilka:
  • szlak czerwony, z Sobótki, czas 1,5 h, deniw. 545 m;
  • szlak czerwony z Łagiewników, przez Oleszną, Sulistrowice, czas. 4,5 h, deniw. 545 m ;
  • szlak niebieski z Jordanowa Śląskiego (przez Winną Górę, Przełęcz Słupicką, Przełęcz Tąpadła), czas 5 h. deniw. 566 m ;
  • szlak niebieski z Sobótki (ze stacji PKP Sobótka Zach.), czas 1 h 45 min., deniw. 550 m ;
  • szlak zielony ze Strzelec Świdnickich (od Przełęczy Tąpadła znaki żółte) czas. 3 h, deniw. 545 m;
  • szlak zielony ze Słupic (od Przełęcz Tąpadła znaki żółte) czas 2,5 h, deniw, 490 m;
  • szlak żółty z Sobótki (przez schronisko "Pod Wieżycą") czas 1,5 h, deniw. 545 m;
  • szlak żółty z Jędrzejowic, czas 1 h 45 min., deniw.445 m:


  • (link)
     
    Na trasie z Przełęczy Tąpadła wita nas informacja, że znajdujecie się na terenie nadleśnictwa Miękinia:


    Wzdłuż trasy znajdują się tablice, z których możemy poznać historię, faunę, florę Ślęży:


    Trasa piesza pokrywa się z rowerową i trzeba uważać na kolarzy, którzy się rozpędzają z górki, a hamowanie przychodzi im niełatwo ze względu na kamienistość ścieżek:


     
    Na trasie są miejsca, gdzie można przycupnąć w cieniu:
     

    Wielu już tam dotarło i to z daleka niektórzy zaznaczając swoją obecność na wieki:


    Niektórzy wybierali się bardzo długo:


    Niektórzy przesadzili z procentami po drodze i poniosła ich fantazja:


    Choć góra słynie od legendy o kwiecie paproci, to paproci nie ma tam zbyt dużo, za to wśród drzew królują duże głazy:
     

    Jedna kamienna tablica informuje, że to miejsce kultu w starożytności:


    Druga mówi, że był tam starożytny wał kultowy:


    Na szczycie wita nas jedna ze starożytnych rzeźb kultowych - niedźwiedź:


    Oczywiście rzeźby powinny być uszanowane przez turystów, ale jest taka tradycja podobna do wrzucania groszy do fontanny przy świątyni Wang chociażby...


    Na szczycie znajduje się:

    - Dom Turysty PTTK im. Romana Zmorskiego:


    - budynek radiowo - telewizyjnej stacji nadawczej i maszt telewizyjny o wysokości 136 m:


    - ruiny kościoła filialnego pw. Nawiedzenia NMP z l. 1851-52:



    - oraz dwunastometrowa wieża widokowa, żelbetowa konstrukcja postawiona w 1953 roku przez radzieckich żołnierzy jako dar dla narodu polskiego:

    (link)

    Widok z niej zaparł mi dech - wspaniała panorama na całą okolicę sięga ponad 40 km (przy dobrej widoczności w oddali widać nawet Wrocław):


    Wszystko, co widać z góry, warto zobaczyć z bliska, bo to piękne, rolnicze przede wszystkim, tereny:


    Niedaleko jest zalew sulistrowicki:


    W tej okolicy można nawet zobaczyć żywego konia na łące:


    Zapraszamy z bratem w nasze ślężańskie okolice.  =)

     

    wtorek, 4 grudnia 2012

    Typowe i nietypowe ozdoby adwentowe

    Kiedy ewangelicki nauczyciel i pastor, ks. Johann Hinrich Wichern, prowadzący w Hamburgu szkołę-przytułek dla sierot, w I niedzielę adwentu w 1839 roku przypadkiem dał początek tradycji tworzenia wieńca adwentowego i zapalania na nim kolejnych świec, nie przypuszczał, że kiedyś chrześcijanie na całym świecie pójdą w jego ślady. Zwyczaj ten pojawił się na terenach dzisiejszej Polski w 1925 roku i to najpierw we Wrocławiu, czyli na Dolnym Śląsku.

    Zwyczaj ubierania wieńca adwentowego kultywowany jest głównie w rodzinach ewangelickich, jednak coraz częściej zdarza się, że wieniec ubierają też katolicy.
     
    Dawniej wykonywane były własnoręcznie i z żywych gałązek, a w każdą niedzielę dodawano świeczkę. Czasem wieniec adwentowy zdobiły wstążki różnych kolorów. Dziś w Polsce plecie się je na gotowych bazach koła, przeważnie zdobi gałązkami szlachetnych drzew iglastych, ale także z liśćmi laurowymi, czy mahoniowy. Następnie umieszcza się cztery świece, których kolor ma konkretne znaczenie: trzy świece fioletowe oraz jedna różowa (3 z kolei) odpowiadają kolejnym niedzielom adwentowym i kolorystyce szat liturgicznych wtedy używanych przez kapłanów, a cztery świece koloru czerwonego to wyrażenie radości oczekiwania na Mesjasza. Wieniec powinien stać w widocznym miejscu, a jego świece powinny być zapalane przy zgaszonym świetle i gromadzić ludzi na wspólnej modlitwie, czy posiłku, a nie pełnić wyłącznie funkcję dekoracyjną. Świece powinny się dopalić na stole w wigilijny wieczór.

    Zapalanie świec oznacza czuwanie i gotowość na przyjście Chrystusa. I świeca to świeca pokoju i przebaczenia, II świeca to świeca wiary, III świeca to świeca miłości i radości, a IV świeca to świeca, nadziei i spełnionych obietnic. W Wigilię Bożego Narodzenia wszystkie palące się świece stanowią symbol bliskości "przyjścia" Jezusa. Światło świec w wieńcu oznacza nadzieję. Zieleń stanowi symbol trwającego życia. Natomiast kształt kręgu symbolizuje wieczność Boga, który nie ma początku ani końca, oraz wieczność życia Chrystusa. Zaś całościowo wieniec adwentowy jest symbolem wyczekującego w miłości i radości Ludu Bożego. Stanowi także symbol zwycięstwa i godności królewskiej. Jest formą hołdu dla oczekiwanego Chrystusa jako zwycięzcy, króla i wybawiciela.
     
    W innych krajach, w tradycji ewangelickiej, wyglądają te kwestie inaczej i mają inną symbolikę. W tradycji kościoła katolickiego wybór odpowiednich kolorów przy tworzeniu wieńca jest tak ważny, że używanie innych kolorów odbiera mu niestety jego symboliczny sens. Niestety niektórzy uważają, że w tej kwestii można się zdać na swój gust, co jednak mija się z celem robienia adwentowego wieńca. Takie podejście nie jest godne pochwały, bo albo się wie co się robi, albo nie. Wieniec adwentowy ma wpisane w siebie znaczenie religijne i ten fakt nie podlega dyskusji. Nie należy mylić tworzenia wieńców adwentowych z robieniem innych ozdób czy to adwentowych, czy świątecznych. Wieniec adwentowy, to wieniec adwentowy, a stroik, to stroik i kropka.
     
    To nie jest wieniec adwentowy, tylko stroik:
     
     
    Dekoracyjne stroiki i wieńce świąteczne to pole do popisu dla naszej wyobraźni i indywidualnej wrażliwości:
     


     
    Ja taką świąteczną ozdobę, która jest ze mną od wielu lat, widzę tak:
     
     
    Pamiętajmy, że wieniec adwentowy to coś zupełnie innego od dekoracji świątecznej i każdy jego element ma swoją symbolikę: koło to symbol wieczności, Boga, powracającego cyklu życia, kolor zielony to kolor życia, który przypomina o przyjściu Chrystusa („niczym cyprys zielony”), a świece i ich światło symbolizują nadchodzącą Światłość świata, czyli Jezusa. mają sprawić, iż należy zastanowić się nad przemijaniem. Przy strojeniu wieńców adwentowych należy pamiętać o zachowaniu umiaru, gdyż mają one na celu kierować nasze myśli i  refleksje ku stanom duchowym.
     
    Mój skromny wieniec adwentowy zachowuje symbolikę, choć dla stabilności świece są nabite na gwoździe w kwadratowym stojaku:
     
     
    Przeczytane na jednym z blogów:
     
    "W niedzielę rano wychodzę z domu.
    Majeczka, lat 4, pyta: gdzie idziesz mamusiu?
    Ja odpowiadam: do Kościoła.
    A Maja na to: Aha, to baw się dobrze!"

    Można i tak bezkrytycznie rozumieć pewne rzeczy, jak dziecko, a tymczasem radosnego i pobożnie przeżytego adwentu życzę wszystkim traktującym go z powagą.
     
     

    sobota, 3 listopada 2012

    Urok kanzashi

    Kanzashi to w dosłownym tłumaczeniu japońskiego źródłosłowu "簪" ozdobna szpila do włosów, noszona w Kraju Kwitnącej Wiśni zarówno przez mężczyzn, jak i kobiety, która ma swoją długą historię i znaczenie w tamtejszej kulturze po dziś dzień. Określenie to w szerszym znaczeniu dotyczy nie tylko ozdobnych szpilek, ale i innych ozdób do włosów, w tym grzebieni, a nawet broszek do pasów obi. Tworzenie tych ozdób jest prawdziwą sztuką i nauka stosowanej techniki odbywa się pod okiem mistrzów, tych jednak z dnia na dzień jest coraz mniejsza grupa, a co za tym idzie coraz mniejsza jest grupa ich uczniów. Ozdoby te wykonywane są chińskiego jedwabiu i kleju ryżowego. Aby podtrzymać tradycję i nie dopuścić do zaniku kanzashi amatorzy i entuzjaści kultury japońskiej nie przywiązując wagi do używania tradycyjnych materiałów oraz technik próbują ocalić tę sztukę od zapomnienia. Najbardziej popularne ozdoby kanzashi wytwarza się je metodą tsumami, czyli składania płatków z pojedynczych kwadracików materiału i sklejania ich w celu ułożenia wzoru. Z płatków tworzy się przed wszystkim kwiaty, a z nich całe ich bukiety, ale można też złożyć na przykład motyla.
     
    Motyl kanzashi był moim marzeniem i wielkim pragnieniem, od kiedy zobaczyłam go pierwszy raz na zdjęciu w Internecie. Szukałam na próżno dokładnego tutorialu, instrukcji wykonania. Sztuka ta ma swoje tajemnice. Nie poddałam się i przyglądając się różnym fotografiom znalazłam swój sposób na jego stworzenie. W całości ma wymiary 4 x 5 cm i jest wykonany z szerokiej, błyszczącej wstążki w dwóch kolorach, a wykończony drobnymi koralikami na cieniutkim druciku:
     
     
    To urocze, delikatne, leciutkie maleństwo napawa mnie dumą i aż się prosi, aby wykonać tą techniką kolejne piękne drobiazgi. =)
     
    Ponieważ motylek jest malutki chciałabym go zgłosić do Szuflady na Wyzwanie #22 Mała Forma, jeśli nie jest za późno:
     
     
    oraz na Wyzwanie #2 u Asi, które brzmi COŚ NOWEGO:
     
     
    W końcu to był mój pierwszy raz z tak egzotycznym rękodziełem i tak niełatwą techniką. A Wy, kochani, co zmajstrowaliście ostatnio nowego?  =)

    sobota, 11 sierpnia 2012

    Taka rodzinna tradycja

    Od kiedy zaczęłam pomagać mamie w pieczeniu ciast na zamówienie oraz w pracy na ogródku i zapaskudziłam przy tym wiele rzeczy, uświadomiłam sobie, jak ważne jest zakładanie fartucha. Moja śp. babcia Marysia, a obecnie i moja mama, każdego dnia zakłada fartuch. Taki ich obraz noszę w sercu. Fartuch jest jak trzecia ręka do pomocy.

    Coś mnie tknęło, żeby poszukać w szpargałach na strychu jakiegoś materiału na fartuch dla siebie. Postanowiłam kontynuować rodzinną tradycję i stać się szczęśliwą posiadaczką fartucha do prac wszelakich. Na strychu wygrzebałam prawdziwy skarb - sukienkę mojej babci, uszytą wieki temu przez jej znajomą krawcową. Sukienka mimo swej leciwości była w bardzo dobrym stanie, a to dlatego że zapobiegliwa krawcowa wybrała bardzo dobry materiał, który miał służyć całe lata. Spadek po babci ucieszył mnie bardzo, tym bardziej, że miał szycie z przodu i bez trudu dał się przerobić na fartuch dla mnie:


    Pasuje idealnie i został już przetestowany wstępnie. Pierwszy poważny sprawdzian czeka go w następnym tygodniu, przy kolejnym pieczeniu ciast na zamówienie. Będzie ich "tylko" 15. Jednak ręka babci będzie nad nami czuwać, więc na pewno wszystko sie uda.  =)

    poniedziałek, 2 stycznia 2012

    Łączy pokolenia

    Muzyka jest czymś wyjątkowym między innymi dlatego, że nie zna właściwie barier, ani czasu ani przestrzeni. Dzięki nagraniom możemy cofać się w czasie i podziwiać gwiazdy, których czas się już na ziemi wypełnił. Możemy wracać do najpiękniejszych muzycznych wspomnień z naszego życia. Granice państw nie mają znaczenia dla muzyki. Dzięki technice możemy zabrać to, czego słuchamy, ze sobą wszędzie, a dzięki Internetowi poznać muzykę z każdego zakątka świata. Muzyka ma w sobie coś boskiego przez swą niezależność czasoprzestrzenną. Mówi się, że się nie starzeje, choć niejeden utwór chwilowo wypada z obiegu, bo już jest moda na coś innego.
     
    W muzyce niezwykłe jest też to, że nie zna właściwie barier osobowych. Popularne powiedzenie głosi, iż muzyka łączy pokolenia. Potrafi ona zgromadzić w jednej grupie słuchaczy tego samego gatunku, stylu, bądź wykonawcy i zbliżyć do siebie osoby w bardzo różnym wieku - od dzieci, przez młodzież, osoby dojrzałe, po staruszków. Może w Polsce trudniej to dostrzec, bo za granicą koncerty, festiwale to bardziej rodzinne imprezy. U nas to raczej formy rozrywki dość indywidualne. Nie jeździmy z rodzicami i nie zabieramy raczej naszych dzieci, a u naszych sąsiadów jest inaczej. Wielu patrzy ze zdziwieniem na zdjęcia z imprez w Czechach, czy w Niemczech, gdzie podrygujących dzieciaków i staruszków nie brakuje.

    Mnie zawsze fascynowały rodziny, w których pielęgnuje się rodzinną tradycję śpiewu i gry na instrumentach. Myślę, że warto tu skierować myśl ku rodzinom góralskim. Mam nadzieję, że coś Wam mówi nazwa Trebunie-Tutki. To właśnie rodzina góralska z Białego Dunajca, która jest zespołem koncertującym na największych festiwalach po świecie. Wierzę, że każdy z Was kojarzy też całą rodzinę Steczkowskich, a nie tylko Justynę. Jak również rodzinę Pospieszalskich z Częstochowy, która tak często właśnie z nimi wspólnie koncertuje.


    Rodziny Steczkowskich, Pospieszalskich i Trebuni-Tutków (źródło: różne strony internetowe)

    Mówi się, że muzyka zostaje w rodzinie, przechodzi z dziada pradziada, jako zamiłowanie i smykałka, czy to do śpiewania, czy to do grania, czy to do komponowania. Może warto poszukać jej w swoim rodzinnym gronie i we własnej osobie. Może i dziś są wśród nas talenty na miarę rodziny Straussów, Mozartów, czy Bachów.

    Rodzina Straussów (źródło: różne strony internetowe)

    Rodzina Mozartów (źródło: różne strony internetowe)

    Rodzina Bachów (źródło: różne strony internetowe)

    A u Was w domu - śpiewa się razem, gra na instrumentach? A Ty umiesz na czymś grać? Ja lubię śpiewać, choć problemy ze zdrowiem mi nie pozwalają. Śpiewam raczej sercem niż ustami. Nie było mi dane nauczyć się gry na żadnym instrumencie, choć w szkole flet i cymbałki przestały mi być obce. Bardzo lubiłam, gdy byłam mała, jak mama śpiewała przy robieniu różnych rzeczy w domu. Kiedy żył dziadek, radio było zawsze włączone. Dziś te melodie wracają i niosą radość.

    A może gdzieś w kącie na strychu u Was czeka na swego odkrywcę zapomniany instrument...

    (Young Elvis, czyli Kubuś, syn mojej kuzynki z gitarą śpiewający coś o kocie)
    Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...